Zamknij
REKLAMA

W jego domu mieszka kilkunastu byłych więźniów. "Nie oczekuję, że ktoś mi założy koronę na głowę"

16:00, 26.01.2018 | .
REKLAMA
Skomentuj
Fot. Natalia Seklecka

Kiedyś był hokeistą, występował nawet w reprezentacji Polski. Już w trakcie kariery wpadł w alkoholizm, jednak prawdziwego dna dotknął po jej zakończeniu. Kiedy udało mu się zerwać z nałogiem, postanowił pomagać ludziom, którzy tak jak on kiedyś znaleźli się na życiowym zakręcie. Tak powstał dom „Mateusz” w Toruniu, a kilka lat później kolejny w Grudziądzu. Trafiają do nich osoby, które skończyły odsiadywać wyroki w zakładach karnych. Waldemar Dąbrowski odwiedził w czwartek (25.02.) włocławską PWSZ, by opowiedzieć o swojej działalności studentom. Nam udało się porozmawiać z nim m. in. o tym, jak się czuje chłopak, który miał „alergię na naukę”, kiedy prowadzi zajęcia ze studentami i dyskutuje o swoich metodach pracy z byłymi skazańcami z największymi autorytetami świata nauki i polityki.

DDW: Jak to się stało, że hokeista, reprezentant Polski stał się społecznikiem i stworzył domy dla osób wyrzuconych na społeczny margines?

Waldemar Dąbrowski: Chyba stało się tak dlatego, że ludzie, którzy są dyskryminowani, potrzebują pomocy. W naszym kraju mówi się o pomocy bardzo dużo, są przekazywane olbrzymie środki finansowe, a tak naprawdę w wielu przypadkach nie zbyt wiele się dzieje. Od jakiegoś czasu już tutaj jestem [w czasie kariery sportowej i tuż po jej zakończeniu Waldemar Dąbrowski mieszkał za granicą - przyp. red.], przyglądam się pewnym rzeczom. Moja empatia i moja siła wewnętrzna, które pozwoliły mi stworzyć pierwszy dom, poznać problemy tych ludzi, które bywają bardzo skrajne, utwierdziły mnie w przekonaniu, że robię dobrze, że takim ludziom chodzi właśnie o taką pomoc. Tu nie zawsze są potrzebne pieniądze, tu jest potrzebny człowiek.

Pan nie prowadzi tradycyjnej terapii. Co wobec tego pan robi, jaka jest pana metoda pracy z tymi ludźmi?

Jak często mówię, to są ludzie poranieni życiowo. Często nie są tacy z własnej winy, bo urodzili się w takim miejscu, w jakim się urodzili. Środowisko, w którym się wychowywali, powodowało, że ci popełniali jakieś błędy – często tylko po to, żeby komuś zaimponować. Nikt wcześniej nie pokazał im i nie nauczył ich, że za każdy zły, błędny czyn ponosi się konsekwencje. Generalnie polega to na pokazaniu takiemu człowiekowi, że te konsekwencje będą.

Mówi pan, że w domu „Mateusz” drzwi są zawsze otwarte, że osoby, które w nim mieszkają, wiedzą, gdzie leżą pieniądze itd. Wiele osób się dziwi, że nie boi się pan postępować w ten sposób w otoczeniu osób, które odsiedziały wyroki za kradzieże czy morderstwa. Skąd taka otwarta postawa na tych ludzi?

Może wynika to z tego, że człowiek, który jest złodziejem, wiedząc, że mam pieniądze w tym naszym domu, wie też, że on również z tych pieniędzy korzysta. To daje takie poczucie odpowiedzialności. On wiem że jak ukradnie te pieniądze, chłopcy nie będą mieli co jeść, jeśli ukradnie buty, jego kolega nie będzie miał w czym wyjść jutro na ulicę, a przecież on jest taki sam jak i ten złodziej. Taka odpowiedzialność połączona z szacunkiem do drugiej osoby, z którą mieszka się pod tym samym dachem, powoduje, że ja nie mam żadnych obaw.

Oczywiście były osoby, które mnie uczulały, ostrzegały. W „Mateuszu” mieszkali również zabójcy czy zabójczynie. Niektórzy myśleli stereotypowo, że jak ktoś zabił raz, to zabije znowu i mi może się to przytrafić... Ja jestem przekonany – obym się nie mylił – że te osoby mają do mnie tak duży szacunek, taką dużą miłość, że nie pozwalają mi czuć zagrożenia czy niepokoju. Oni pokazują mi, jaką wartość ma dla nich moja osoba.

Od ośmiu lat istnieje dom „Mateusz” w Toruniu, od dwóch funkcjonuje placówka dla kobiet w „Grudziądzu”. Jakie ma pan dalsze plany?

Takim przełomowym momentem w moim perspektywicznym myśleniu jest stworzenie domu niedaleko Krzywańca dla matek z dziećmi, które opuszczają zakłady karne. Chodzi o to, żeby nie traciły relacji. Niestety, w naszym prawie jest zapis, że do trzeciego życia dziecko może być w zakładzie karnym z matką, a później trafia do rodziny zastępczej lub domu dziecka. Trzeba byłoby się nad tym poważnie zastanowić.

Proszę sobie wyobrazić rozgoryczenie kobiety, która rodzi dziecko, kocha je, jest z nim związana, a prawo sprawia, że ktoś decyduje o tym, że to dziecko jest zabrane. To bardzo przykry moment. Te kobiety, bo mam z nimi kontakt, bardzo często załamują się psychicznie, jest to dla nich trauma. Dlatego wymyśliłem sobie, że warto byłoby stworzyć dom dla tych kobiet z dziećmi i dla dzieci, które czekają na te swoje mamy, żeby również w czasie odbywania kary, nie traciły kontaktu.

Często powtarza pan, że miał „alergię na naukę”. Dziś występuje pan przed studentami, dyskutuje Pan z profesorami, ministrami, niedługo wątek pana ośrodka pojawi się w filmie „Dług 2”. Czy biorąc to wszystko pod uwagę, ma pan poczucie, że robi coś wielkiego?

Nie uważam się za jakiegoś, jak często mawiają, „wielkiego człowieka”, bo coś zrobiłem, pokazałem, że można. Robiąc to wszystko, nie oczekuję, że ktoś mi założy koronę na głowę, bo nie w tym rzecz. Chciałbym, żeby ci ludzie, którzy doświadczyli przemocy w życiu, doświadczyli wielu złych rzecz – tak jak ta pani, o której opowiadałem studentom, że oddając swoje ciało płakała, bo chodziło jej tylko o pieniądze – zobaczyli, że można żyć inaczej. Ich historie to są ludzkie tragedie, to są krzyki rozpaczy tych ludzi. A oni mają takie samo prawo do życia na tym świecie jak pani, jak ja, jak wiele innych osób. Tak jak powiedziałem na wstępie, ta pomoc, o której się mówi, nie zawsze tą pomocą faktycznie jest. Bolało mnie to od czasu, kiedy tu wróciłem i pomyślałem tak: „jak oni nie potrafią, to może ja coś zrobię”.

No właśnie, porozmawiajmy o tych rozwiązaniach systemowych, których cały czas brakuje...

Ktoś mi kiedyś powiedział, że cały czas są robione badania i doświadczenia naukowe, jak można tym ludziom pomóc. Ja już dziewiąty rok prowadzę dom w Toruniu, drugi rok dom w Grudziądzu. Przez tych dziewięć lat nikt nic nie wymyślił, więc ja staram się im pomóc.

Rozmawiała Natalia Seklecka

REKLAMA
REKLAMA
W okresie ciszy wyborczej tj. w okresie 24 godzin poprzedzających dzień wyborów i aż do chwili zakończenia głosowania zabronione jest prowadzenie agitacji wyborczej na rzecz kandydatów w jakiejkolwiek formie. Publikacja na portalu internetowym jakichkolwiek komentarzy mających charakter agitacji wyborczej może zostać uznana za naruszenie przepisów ustawy Kodeks Wyborczy oraz stanowi czyn zagrożony karą grzywny (art. 498 ustawy z dnia 5 stycznia 2011 r. - Kodeks wyborczy, t.j. Dz. U. z 2018 r. poz. 754 z późn. zm.)

Komentarze (4)

LisekLisek

4 0

Ciekawy wywiad ,więcej takich perełek !!!!!! 21:31, 26.01.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

Gacek 90Gacek 90

7 0

Oj żeby Mirek z Somiru się tak nawrócił .Alkoholik jak ten Pan powyżej. Panie Mirku spójrz Pan jest nadzieja .Chyba kiedyś Pan dawał kasę na niepełnosprawnych w jakieś wiosce jako jeden ze sponsorów. Pan się zastanowi czy nie lepiej pomagać i przestać pić . 22:44, 26.01.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

333333

2 0

Tacy ludzie zawsze wzbudzali we mnie podziw ,brawo
Jednak trudno być takim to wymaga umiejętności wyzbycia się egocentryzmu 12:20, 27.01.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

LucylueLucylue

2 0

Wódko pozwól żyć 13:02, 27.01.2018

Odpowiedzi:0
Odpowiedz

REKLAMA
REKLAMA
© ddwloclawek.pl | Prawa zastrzeżone